Bezzębny dziamdziak dał nieźle popalić w nocy. Na szczęście mój superman wrócił z trzeciej zmiany czym prędzej do domu i uratował sytuację. A przyznam się, że powoli już odchodziłam od zmysłów i opadałam z sił. Groch podobno przechodzi skok rozwojowy dwunastego tygodnia, a że jest dzieckiem wyjątkowo wymagającym, to można wyobrazić sobie, co aktualnie się u mnie dzieje. Mała masakra.
Że tak przybliżę, co mniej więcej się działo... Była godzina druga w nocy, moje jaśkowe cudo nie za bardzo chciało spać, tylko cyc albo noszenie, a ja zawalona robotą i bałaganem w kuchni, bo przygotowuję pyszności na weekend z okazji odwiedzin teściowej. Biegałam tylko od kuchni do sypialni, tu patelnia tam pielucha. Jedna chusta, druga chusta, ale co to?
Dzisiejszego wieczoru chustowanie mu nie odpowiada. Może ma mokro? Hmmm a jednak sucho! Nie! Nie! Kolka to nie jest. Głodny? Ale przecież jadł, no ale dam mu jeszcze. Otulanie, bujanie, kołysanie, na nic to! Smoczkiem pluje dalej niż widzi, nie toleruje żadnego. I tak przez raz, dwa, trzy... dziewięć godzin. Mnie już brakuje oddechu. I tu wkracza mój bohater-mąż, kładzie rękę na moim policzku, całuje w czoło i mówi, że mnie zamieni tylko wyjdzie z psem. Otula mnie fala spokoju, Groch chyba to czuje i zasypia przy cycu, odkładam go nie wybudza się, jest sukces. Śpi tak dwie i pół godziny. Pobudka po piątej, nie wiem czy cyc, pielucha czy tulenie, więc robię wszystko. Spokój. Odkładam...
Groch w histerię. Kolejna godzina, Cyc, odkładam, darcie, cyc odkładam darcie, takie małe never ending story. I tu ponownie wkracza mój super bohater. Bierze Grocha na ręce i spokojnie oznajmia: "śpij kochanie, idę do drugiego pokoju z Cicirkiem, z a ty się wyśpij." I tak spałam do godziny... UWAGA! 9:30, gdy wkroczył mój superman z Cicirkiem na rękach, oczywiście drącym się w niebogłosy. Zmiana pieluchy, bo narobił po same pachy. Obudziłam się lekko oszołomiona, ale nie mogę powiedzieć, że niewyspana.
Teraz siedzę z kubkiem kawy w ręce i patrzę na te moje dwa serca na kanapie w salonie odsypiające nockę. Siedzę i myślę o tym jakie mam szczęście i o tym, jak fajnie i naturalnie doszło między nami do podziału ról w opiece nad Grochem. Ja jestem od karmienia, zabawiania, rozwoju i pielęgnacji, mąż jest od wyciszana, tulenia i noszenia. Aczkolwiek nie jest to jakiś sztywny podział i pieluchę też zmieni (nawet pamięta o nakremowaniu pupki) i butlę z mlekiem również poda. Po prostu znacznie częściej niż ja nosi i usypia naszego szkraba. Przyznam się, że mnie do tego brakuje cierpliwości i średnio znoszę płacz dziecka. Dużo lepiej czuję się w roli clowna i zabawiaczki. Nie wiem, co robić z płaczącym dzieckiem, natomiast mój mąż nie wie, co robić z niepłaczącym. Także dobrani jesteśmy pod tym względym idealnie, choć jest to nietypowe, bo zwykle jest przecież odwrotnie.
Popełniam ten wpis w towarzystwie przyjaciółki małej czarnej, chłonę ciszę i roztkliwiam się nad myślą, że nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego ojca dla mojego dziecka i lepszego męża dla mnie. Z każdym kolejnym dniem przekonuję się o tym coraz bardziej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz