Ciężko znoszę jego płacz, czasami kończy mi się cierpliwość (tak, przyznaję) do przytulanek i głaskanek, wtedy muszę wyjść do drugiego pokoju, chociaż na minutę, zrobić kilka łyków wody i wziąć głęboki oddech. Dobrze, że chociaż ostatnio daje się wysypiać w nocy. Teraz wyjątkowo śpi, bo usnął (chociaż właściwszym będzie tutaj słowo "padł") przy cycu i włączonej kołysance. Sprytnym sposobem (podjeść trzy) wylądował w bujaczku i smacznie drzemie. Takie chwile to rzadkość. I gdybym tylko spróbowała wyjść z pokoju... Oj ja biedna. Procedura usypiania dziecka zacznie się od początku... cyc, kołysanie, spokojna muzyka z laptopa, aaa kotki dwa, wiszenie na cycu 30 min i powolne odłożenie do bujaczka, następnie bujanie przez 15 min. Gdy jestem obok, to potrafi tak przespać 2 godziny, ale gdy tylko pójdę do łazienki... aaaaaa! A przecież czasami muszę coś zjeść. A żeby coś zjeść, muszę to jedzenie zrobić. Dzisiaj miałam go werandować, jest godzina 15:00, po ogarnięciu jego histerii opadłam z sił, nie mam ochoty sprawdzać jak zareaguje na ubieranie w kombinezonek i wystawienie na świeże powietrze. Śpi... to najważniejsze. Od rana zabieram się za zrobienie zupy, jutro wpadają rodzice na obiad, miło by było ich ugościć chociaż pomidorówką.
Dzisiaj udało mi się wykąpać. Wow! I nawet nogi ogoliłam. Jednak podczas osuszania się ręcznikiem, moje dziecię się rozwrzeszczało, bo zorientowało się, że mnie nie ma. Moja cierpliwość osiągnęła granicę, więc w spokoju dokończyłam proces wycierania się i spokojnym krokiem wróciłam do rozwrzeszczanego GrochaDzieciora, usiadłam przy nim i patrzyłam jeszcze ze dwie minuty jak płacze. Dotarło do mnie, że świat się nie zawalił i nie zawali się następnym razem, gdy pójdę zrobić za przeproszeniem kupę i zostawię swoje płaczące dziecko. Kiedyś myślałam z oburzeniem: "co za wyrodna matka pozwala tak dzieciakowi płakać?". Dzisiaj już je rozumiem. High need baby płacze zawsze i w każdej okoliczności, no chyba, ze jego buzia jest zatkana cycem. Jestem na etapie, że boję się Grochowi zmienić pieluchę, bo zaraz będzie darł się, po czym będzie chciał wykręcać mi suty i będzie wisiał na mnie kolejne godziny. Groch sprawia, że własna matka i ojciec boją się go. Zakrzyczał nas. Pytanie, jak ogarnąć takie dziecko nie ignorując jednocześnie jego płaczu i nie rezygnując ze swoich własnych minimalnych potrzeb? Na pewno nie chcę być taką matką, która biegnie z majtkami w kroczu, bo dziecko zapłakało w momencie osobliwej potrzeby. Wkraczam na drogę poszukiwania sposobu, aby okiełznać tego mojego "BroszkaGroszka".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz