Liczba badań w ciąży, wizyt lekarskich jest histerycznie przesadzona. Szczerze mam już dosyć. Po jaką cholerę badania w kierunku HIV, Hbs wykonuje się dwukrotnie? Jeśli na początku robiłam badania i wszystkie były w porządku, to po co je potem powtarzać? Jeśli nie miałam żadnych ryzykownych kontaktów seksualnych, nie wychodziłam praktycznie z domu, nawet u kosmetyczki nie byłam. Absurd! Poza tym prawda jest taka, że jak idzie się do szpitala, to pacjenta i tak traktuje się jak osobę potencjalnie chorą, więc te wszystkie badania można sobie wsadzić w ciemne i wilgotne miejsce. Matka sprawdza czy nie ma WZW B, okazuje się, że nie ma, a i tak jej niemowlaka już chcą szczepić w pierwszej dobie, pomimo braku ryzyka zarażenia. Po co?
Ostatnio miałam kolejną absurdalną sytuację. Wybrałam się na badanie III trymestru do jednego z lepszych ginekologów w moim mieście, po tym jak lekarka podczas USG zasugerowała, że ilość wód płodowych (7-8) jest mała i trzeba monitorować. Wystraszona tydzień później pobiegłam do gabinetu wyposażonego w naprawdę dobry sprzęt, koszt wizyty niemały, bo 250 zł. Lekarz pobadał, pomierzył i stwierdził, że wszystko jest w najlepszym porządku. Co prawda mój Okruszek nie należy do gigantów, bo w 34 tyg ważył niecałe 1700g, ale "nie ma żadnych powodów do zmartwień", "każde dziecko rośnie w swoim tempie", "to tylko sprzęt i może się mylić". Wyjaśnił, że stan wód na poziomie 7-8 jest normalny, za niski uważa się ten na poziomie 5 i poniżej, a poza tym na obecną chwilę u mnie wynosi 10. Uspokojeni, zadowoleni pojechaliśmy z mężem do domu i słuchaliśmy nagranego serduszka naszego bąbla. Rozedrgane nerwy ukoił również fakt, że u mnie w rodzinnie rodzą się małe dzieci, ot tak po prostu.
Po tygodniu odbyła się kolejna wizyta lekarska, bardziej z konieczności niż potrzeby. Chodziło o przedłużenie zwolnienia. Gdyby nie to, że są upały, a ja musiałam dojeżdżać 30 km komunikacją miejską i potem wdrapywać się w ciągu dnia niezliczoną ilość razy po schodach, to chodziłabym nadal do pracy. Anemia ciążowa i kilka zasłabnięć uziemiły mnie w domu. Bywa. Niestety nie dostałam się do swojej lekarki prowadzącej ciążę, wybrałam się do innej, u której już wcześniej byłam, ale nie zrobiła na mnie specjalnie dobrego wrażenie. Jakaś taka antypatyczna służbistka. Nie polubiłyśmy się już na dzień dobry. Poinformowałam ją, że w ostatnich dwóch tygodniach byłam badana już dwa razy. No ale stwierdziła, że zbada mnie ponownie. Badanie było bardzo bolesne i bardzo nieprzyjemne. Poirytowana powtarzała tylko "proszę się rozluźnić". Ciężko jest być rozluźnionym, gdy obca baba gmyra paluchami w naszej pochwie w dodatku nie zdjąwszy wcześniej biżuterii z palców. Zainteresowała się moim małym brzuchem. Fakt jest mały, ale nie "za mały", dodam, że jestem niską i drobną kobietką. Poza tym moja mama też miała mały brzuch, gdy była ze mną w ciąży.
Ginekolożka obejrzała wcześniejsze pomiary USG, na najbardziej aktualne i dokładne nie zwróciła uwagi, za to zwróciła uwagę na USG z 12 tygodnia (chyba), dodam, że badanie nieudane, bo Okruszek bardzo się wiercił i nie dało się go pomierzyć, a także nie był obrócony buzią do aparatu i lekarz zanotował "kości nosowej nie uwidoczniono", nie dlatego, że jej tam nie było, tylko dlatego, że USG było nieczytelne. Jego błąd, bo mógł zapisać swoje spostrzeżenia inaczej. Cztery dni później powtarzałam to badanie, mały już się tak nie kręcił, był odpowiednio ułożony, udało się go pomierzyć i wszystko było na swoim miejscu, w tym kość nosowa.
Ginekolożka służbistaka podniosła larmo, zaczęła machać tymi kartkami "ale jak to kości nosowej nie uwidoczniono, nikt nie zlecił specjalistycznych badań?". Machała wszystkimi kartkami jakie miała pod ręką, zrobiła dramę, że ona nie może porównać jak się dziecko rozwija. Dodam, że miałam do tej pory przeprowadzonych osiem badań USG (czyli o jakieś pięć za dużo), wszystko czarne na białym, wystarczyło na spokojnie czytać. Nie chciała kompletnie mnie słuchać. Podnosiła głos. Wystawiła skierowanie na patologię ciąży z podejrzeniem hipotrofii. Wiecie jaki to był dla mnie szok, gdy przez ostatnie 7 miesięcy słyszałam, że wszystko jest w porządku? Cała się z nerwó trzęsłam.
Opieprzyła mnie, że przeze mnie badanie trwa 40 min, a nie zwyczajowe 20 min, bo chodzę za każdym razem do innego lekarza. Nie zapytała "dlaczego?". Jakby zapytała, to by się dowiedziała, że pierwszy ginekolog, który potwierdził ciążę na podstawie badań krwi, nawet mnie nie zbadał, drugi u którego byłam na dwóch konsultacjach złamał nogę i wylądował na półrocznym zwolnieniu lekarskim. Potem była ona służbistka, jak wspomniałam nie przypadła mi do gustu, poza tym badanie było bolesne, a ona nie informowała mnie o wykonywanych przez siebie czynnościach. Podczas zwykłego rutynowego badania pobrała próbki na cytologię, zrobiła wymazy i inne rzeczy. O.K. Wszystko fajnie, pięknie, ale nie lubię jak wykonuje się na mnie zabiegi bez pytania mnie o zgodę. Kolejna ginekolożka bardzo przypadła mi do gustu (poleciły mi ją pielęgniarki z punktu pobrań, gdy usłyszały moją pechową przygodę o lekarzach prowadzących). Byłam u niej dwa razy jak dotąd. Uprzedziła mnie jednak uczciwie, że jeśli będę chciała robić dokładne USG, to muszę zapisać się do innego lekarza, bo ona po pierwsze nie przykłada do USG tak wielkiej uwagi, po drugie nie ma w przychodni dobrego sprzętu, a po trzecie nie jest zwolenniczką częstych USG (pomyślałam sobie, świetnie, bo ja też nie). Chodziłam więc do niej na konsultacje, a na USG do lekarzy z dobrym sprzętem. Dlaczego tak? Dlatego, że ciążę prowadzę w LUX MEDZIE. Tam się chodzi na wizyty nie wtedy kiedy jest potrzeba, tylko wtedy kiedy oni łaskawie znajdą termin. Dobrzy lekarze pozajmowani na 3 miesiące do przodu. I głupia zasada, że jak konsultacja, to konsultacja, a jak USG to USG i nie można tego łączyć. Niektórzy lekarze robią odstępstwa od tej zasady. Żałuję, że od początku nie chodziłam do jednego ginekologa, poza LUX MEDEM, również poza NFZ, zupełnie prywatnie. Chciałam zaoszczędzić, to mam. Latanie od lekarza do lekarza.
Powracając jednak do ostatniej wizyty u służbistki. Musiałam do niej pójść, bo jako jedyna miała wolny termin w tym czasie i już wcześniej mnie badała, także powiedzmy znała moją ciążę.
Jak wspomniałam postraszyła mnie hipotrofią, nakrzyczała i okazała postawę pozbawioną empatii. Po wyjściu z gabinetu pierwsze co, to rozryczałam się, dostałam ataku histerii, zadzwoniłam do męża, aby mnie uspokoił, bo już chciałam lecieć na patologię. Zdenerwował się, że wykonała mi po raz kolejny USG zupełnie niepotrzebnie, chociaż miałam robione 23.08 i potem szczegółowe 01.09. Oczywiście jej pomiary odchodziły od tych wykonanych poprzednio, nagle kość udowa się skurczyła, a wody płodowe skoczyły na poziom 13. Istne szaleństwo. Na patologię ciąży w celu dokładnego pomierzenia Okruszka się nie wybrałam. Czwarty tydzień, czwarte USG? O nie! Co lekarz i co sprzęt, to inny pomiar.
Dałam sobie na wstrzymanie. Uspokoiłam się. Przecież diagnoza nic by nie zmieniła. Bo jak się zapytałam lekarki: "a co jeśli potwierdzą podejrzenia? Będę brała leki?" Ona na to, że: "nie, będziemy po prostu wiedzieć i po 36 tyg. będzie pani musiała zacząć robić KTG". I tak miałam w planach po 36 tyg. wybrać się na to badanie do szpitala.
Potem w domu na spokojnie poczytałam, że żadne badania nie dają 100% pewności i zamiast się niepotrzebnie stresować, lepiej odpuścić i poczekać spokojnie na to co ma być.
Pomyślałam sobie: Malutki w porządku, nawet już się odpowiednio obrócił główką na dół, bardzo aktywny dodam i często raczy mnie kopniaczkami, stan wód płodowych w porządku, dopływy w porządku, serduszko w porządku, tętno w porządku, ciśnienie w porządku, morfologia prawie idealna, mocz w porządku, długość szyjki w porządku, nie ma krwawień. Na jakiej podstawie miałabym lecieć na patologię? Bo Okruszek jest mały, ale cały czas mieści się w normach, czyli w tzw. mapach centylowych? Poza tym w szpitalach od razu choruję, dostaję gorączki, opryszczki i mi słabo, mówię poważnie.
Wiele przyszłych mam trafia w drugą stronę czyli na olewających lekarzy, ale uwierzcie mi, że nadgorliwy lekarz, to równie wielkie zło. Stres nie jest dobrym sprzymierzeńcem w ciąży. Najlepiej trafić na takiego lekarza pomiędzy. Kolejna wizyta 7.10, zapisałam się do mojej nie zwolenniczki USG. Ładnie uśmiechnęłam się do pani w recepcji to i termin się znalazł. Mam tylko nadzieję, że ten cały stres nie zaszkodził maluchowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz